niedziela, 7 stycznia 2018

Tamte dni, tamte noce

Tytuł oryginalny: Call me by your name
Reżyseria: Luca Guadagnino
Produkcja: Fracja, Włochy, USA
Gatunek: melodramat

Młody chłopak zakochuje się w przyjacielu domu spędzającym wakacje w domu jego rodziców.



Prawdopodobnie jeden z najgorętszych romansów w historii kina gejowskiego. 

Glamour
Sezon nagród rozgorzał na dobre. Tę parę słów piszę jeszcze na parę godzin przed galą rozdania Złotych Globów. I tak, trzymam kciuki za „Call me by your name”. I nie, nie dlatego że orbituje on wokół (homo)seksulaności bohaterów. Bo choć nie widziałem jeszcze wszystkich pozostałych filmów wiem, że ten zasługuje na wyróżnienie. To nie jest tylko piękna historia homoerotyczna, to po prostu piękne kino. Podobnie jak w wypadku poprzedniego 'Jestem Miłością' i tym razem wyszedłem z kina z wielkim zachwytem. Gra tu wszystko: nienachalna, a przecież wciąż melodramatyczna historia miłosna, wspaniali aktorzy (obaj wybitni i wciąż nie mogę powiedzieć który lepszy), scenografia w której zadbano o najmniejsze szczegóły, zdjęcia przenoszące nas od początku do innego świata. I ten klimat…

Klimat.

To on właśnie jest największym atutem filmu. To coś nieuchwytnego: spójność, magia, może reżyseria i wszystkie elementy grające bez nuty fałszu i w największej harmonii po to, by wzbudzić pełnię zachwytu. Jest spokojne lato, upał. Centralne Włochy, piękna willa, inteligenci snujący się po ogrodzie jakby w letargu, ale przecież spragnieni emocji, zabawy, romansu. Tam apetyt ma się nie tylko na soczyste brzoskwinie dojrzewające w sadzie, tam ma się apetyt na życie! Ktoś może powiedzieć, że nieprawdziwa ta idylla. Tymczasem Guadagnino dołożył wszelkich starań, nie tylko żebyśmy w nią uwierzyli i jej zapragnęli. Ważne jednak, że klimat nie jest tu tylko sympatycznym gadżetem, albo co gorsza, ładnym obrazkiem. Atmosfera filmu jest ut bowiem niezastąpionym gruntem, w którym rozgrywać może się romans, przyjaźń rozkwitać, a czas płynąć jakoś wolniej.

Czy to przyjaźń czy to jest kochanie?

Istnienie romansu w „Tamte dni, tamte noce” (o zgrozo!, bo oryginalny tytuł pięknie nawiązuje to cytowanego poematu) jest w zasadzie jego spoilerem. Ale czy, ktoś może być zaskoczony skoro między parą iskrzy od samego początku? I owszem romans się rozwinie, ale nadal jego definiowanie będzie równie trudne jak początkowe wnioskowanie z gestów podczas pierwszego spotkania. Tym bardziej nie pomoże piękna rozmowa z ojcem mądrze wieńcząca film. Chyba, że zdecydujemy się nie wiedzieć. Nie pytać i nie nazywać. Zaistniała między bohaterami bliskość jest wartością samą w sobie – tak piękną i tak delikatną, że jej nazwanie wynaturza ją i niszczy. W przeciwieństwie bowiem do nauk, historii i sztuki, o których dyskutuje się w filmie prawdziwe odczuwanie wymaga doświadczenia empirycznego. A seans „Call me by your name” jest naszym udziałem w tym odczuwaniu. Być może jednym z najlepszych jakich możemy doświadczyć w tym sezonie.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz